czwartek, 23 października 2014

Irlandzkie smaki czyli zaduma nad sconem

            Chyba każdy kto odwiedził kiedyś Irlandię lub Wielką Brytanię, miał okazję (a przynajmniej mam taką nadzieję) spróbować popularnych w tym kraju sconów. Są to okrągłe bułeczki pierwotnie wytwarzane z owsa i pieczone na patelni, teraz zazwyczaj słodkie, pieczone w piecach, z dodatkiem owoców, orzechów, migdałów, rodzynek lub sera. Smakołyk ten bardzo często spożywany jest przez Irlandczyków na śniadanie a już na pewno jako dodatek do popołudniowej herbaty lub kawy podczas spotkania z  przyjaciółką w kawiarni :) Najlepiej smakuje krojony na małe kawałeczki z dodatkiem masła, dżemu i tradycyjnej śmietany tzw. clotted cream. Zastanawiałam się gdzie i kiedy właściwie powstał scone, czy podobnie jak pizza we Włoszech był to 'wynalazek' ludzi biednych którzy po prostu stworzyli coś z prostych produktów jakie udało się im wyhodować? Całkiem prawdopodobne ale swoją sławę jak się okazuje zawdzięczają Annie, księżnej Bedford ( (1788 – 1861) która zachwyciła się nimi kiedy to zostały jej one podane pewnego popołudnia jako dodatek do herbaty. Zasmakowały jej tak bardzo że odtąd, nakazała podawanie ich sobie każdego popołudnia, tak tez powstało słynne 'Afternoon tea time' około godziny 17.00, które jest praktykowane po dziś dzień.
            Gdyby zapytać przeciętnego Irlandczyka gdzie można zjeść najlepsze scony, zapewniam że każdy poda co najmniej jedno swoje ulubione miejsce, słynące z produkcji tychże rarytasów. Jeśli zapytalibyście mnie, odpowiedziała bym że najwspanialsze scony można skosztować w małej, niepozornej ale bardzo popularnej kawiarence w Centrum Dublina-  Keoghs Cafe na Trinity Street



Trudno oprzeć się i zapomnieć smak świeżutkich jeszcze ciepłych malinowych sconów z dodatkiem masła i dżemu truskawkowego, a jako że miałam okazję pracować tam przez parę miesięcy, na samym początku mojej przygody z Irlandią, to mogłam rozkoszować się ich smakiem niemal codziennie :)
              Aby każdy z Was, bez rezerwowania biletów do Irlandii, miał szansę poznać smak tych smacznych bułeczek, podaję prosty, niepracochłonny przepis na tradycyjne scony.                                         

Będziemy potrzebować:
- 2 szklanki mąki,
- 1 łyżka stołowa drobnego cukru, można dodać więcej,
- 60g schłodzonego, pokrojonego masła,
- 3/4 szklanki zsiadłego mleka,
- szczypta soli,
- płaska łyżeczka proszku do pieczenia,
- odrobina zsiadłego mleka do posmarowania bułeczek tuż przed pieczeniem
- do tego opcjonalnie masło, dżem, bitą śmietanę lub cokolwiek Wam się wymarzy

Z tej porcji wyjdzie nam około 8-10 sconów

Produkcja skonów krok po kroku:

- Nagrzewamy piekarnik do ok 180-200 st. C,
- Przesiewamy mąkę do miski, dodajemy cukier, proszek do pieczenia i sól a następnie masło. Mieszamy składniki rękami do uzyskania ciasta przypominającego konsystencją bułkę tartą,
- Następnie robimy 'dołek' w powstałym cieście i wlewamy zsiadłe mleko mieszamy całość za pomocą łyżki lub noża aż do uzyskania lepkiej konsystencji, to jest też moment kiedy możemy dorzucić nasze owoce, orzechy, rodzynki, ser lub to na co akurat mamy ochotę, wykładamy ciasto na posypaną mąką deseczkę i zagniatamy aż stanie się gładkie,
- Rozwałkowujemy ciasto do grubości ok 2-3 cm i wycinamy z niego krążki o średnicy ok 4-5cm,
- Wykładamy babeczki na wyłożoną papierem do pieczenia blaszkę, za pomocą pędzelka nanosimy na każdego skona odrobinę zsiadłego mleka,
- Piec przez około 15 minut do uzyskania złocistego koloru. Upieczone i ostudzone, te w wersji słodkiej możemy posypać cukrem pudrem. 
                                              

             Jest jeszcze jedno bardzo ciekawe miejsce, które serwuje wyśmienite scony... Znajduje się ono dosłownie parę minut od mojego miejsca zamieszkania, między miejscowościami Ballymore Eustace a Blessington- warte uwagi nie tylko ze względu na wspomniane wyżej smakołyki,  jest ono na tyle ciekawe że mój kolejny wpis będzie dotyczył właśnie tego, tajemniczego miejsca :) Póki co życzę Wam smacznego scona, podczas popołudniowej herbatki ;)
                                                 
           

wtorek, 21 października 2014

Irlandia na piątym miejscu :)

                            Znane wydawnictwo- Lonely Planet, zajmujące się edycją przewodników turystycznych, zamieściło dzisiaj na swojej stronie spis dziesięciu krajów, miast i regionów które szczególnie warto zobaczyć w nadchodzącym 2015 roku. Grupa ekspertów tegoż wydawnictwa wyróżniła miejsca które według nich często są niesłusznie niedoceniane a które warto wziąć pod uwagę podczas planowania swojego urlopu na przyszły rok.
                             I tak wśród krajów najpopularniejsze będą:
1.Singapur,
2.Namibia,
3.Litwa,
4.Nikaragua,
5.IRLANDIA :)
6.Republika Kongo,
7.Serbia,
8.Filipiny,
9.St. Lucia,
10.Maroko

                             Przesyłam też linki do stron gdzie można zapoznać się dodatkowo z dziesięcioma top miastami i regionami na następny rok:                                                                 
http://www.lonelyplanet.com/best-in-travel/cities
http://www.lonelyplanet.com/best-in-travel/regions
                       
                             Zachęcam również do wzięcia udziału w quizie organizowanym przez Lonely Planet  który odgadł bezbłędnie o jakim miejscu marzę a które może uda się w końcu odwiedzić w 2015  :)    Moim przeznaczeniem jest obejrzenie zorzy polarnej w Norwegii Arktycznej, a Wasze? http://www.lonelyplanet.com/best-in-travel-quiz 
 Miłej zabawy :)

poniedziałek, 20 października 2014

Rejs po Karaibach, czyli tydzień w raju :)

                                   Rejs ogromnym statkiem wycieczkowym zawsze kojarzył mi się jako coś luksusowego, wartego przeżycia choćby raz w życiu i w ogóle wow! A jak wygląda rzeczywistość? Czy naprawdę  jest tak wspaniale i czy warto wybrać tego rodzaju wypoczynek?
                                   Luksus. To słowo na pewno idealnie opisuje wnętrze i ogólny wystrój statku linii Royal Carribean o dzwięcznej nazwie Freedom on the seas.


Muszę przyznać że w pierwszym momencie był on nawet troszkę przytłaczający, biorąc pod uwagę to, że, no cóż, wolimy troszkę inny styl i pięciogwiazdkowe hotele nie są dla nas wyznacznikiem udanych wakacji. Ale nie ma co narzekać, jakoś poradziliśmy sobie z tymi 'niedogodnościami' ;) i staraliśmy się rozkoszować każdą chwilą, w czym niewątpliwie bardzo dużą rolę odegrało niesamowite jedzenie w pakiecie all inclusive ;) Pyszne śniadania, bardzo smaczne przekąski w ciągu dnia no i wytworne kolacje, o byciu głodnym nie było mowy. Kupując bilety na rejs, mamy do wyboru dwie opcje tzw Traditional Dining i My Time Dining, wybraliśmy tą drugą, żeby mieć możliwość decydowania samemu,  o której godzinie danego dnia mamy ochotę zjeść kolacje i ta opcja sprawdzała się świetnie. Dość dużym minusem jest to że alkohole niestety nie są wliczone w cenę rejsu a ich ceny, choć zbliżone do irlandzkich, to jednak nadal trochę wysokie, np. piwo w butelce o pojemności mniejszej niż 330ml ok. $6, drinki kolorowe ok.$8-9, butelka wina to koszt $30 i więcej. Można też zdecydować się na pakiet napoi jest ich kilka do wyboru, najtańszy zawiera tylko napoje gazowane i jest to koszt ok $ 40 na cały pobyt, dostaje się plastikowy kubas do którego ze specjalnej maszyny nalewamy napój i  z którym  trzeba pózniej wszędzie chodzić, wiadomo, pragnienia nie oszukasz ;) Najdroższy z pakietów to wydatek powyżej $500 zawiera on napoje gazowane, wszystkie drinki kolorowe, piwo ale niestety za kawę nadal będziemy musieli zapłacić. Chce tutaj od razu wyjaśnić że przewoznik nie zmusza nas do zakupu któregoś z pakietu lub że musimy za wszystkie napoje płacić, w cenie rejsu jest woda niegazowana, kawa nie najlepszej jakości ale z dodatkiem mleka smakuje całkiem przyzwoicie, poza tym herbata, herbata mrożona, lemoniada i czerwony napój o smaku truskawkowym :)
                 Na Statku poza doskonałą kuchnia można również rozkoszować się wachlarzem ' zajęć pozalekcyjnych'. Każdego dnia dostajemy gazetkę z programem atrakcji a trzeba przyznać że jest tego sporo i tak np. drugiego dnia, kiedy to spędzamy cały dzień tylko na morzu, miedzy godziną siódmą rano a jedenasta trzydzieści przed południem mamy trzydzieści różnych opcji spędzania wolnego czasu od lekcji boksu, aerobiku i tańca, po aukcje sztuki i lekcje jak kupić dobry zegarek czy brylanty...w tym miejscu trzeba podkreślić że życie na statku a także w portach w dużej mierze toczy się wokół zakupów a co najważniejsze-  zakupów bez naliczanego w Stanach podatku, wokół drogich zegarków torebek i diamentów, a oferty typu 70% zniżki, gdzie cena po promocji to nadal ponad tysiąc dolarów, przyciągają klientelę niczym muchy do lepca. Musze tutaj zauważyć że w moim odczuciu, ten siedmiodniowy pobyt na statku dla wielu jest okazją do podwyższenia swojego ego, pokazania temu trzy i pół tysięcznemu światu swojej wartości, grą pozorów... Któż nie chciał by się poczuć jak pan... No tak, wysoki limit na karcie kredytowej może w tym bez wątpienia pomóc ;)
                  Jeśli promocyjne ceny nie zrobiły na nas jednak najmniejszego wrażenia, gra w bingo nie specjalnie nas pociąga, a na siłowni wylaliśmy z siebie ostatnie poty, pora zajrzeć na najwyższy 13 i 14 deck, to tutaj znajdują się baseny, jacuzzi, leżaki, flowrider surfing, ścianka do wspinaczki  i co najważniejsze- rozpościera się stąd niesamowity widok na bezkresne morze, a jeśli dodamy do tego że czas umilać będzie nam jamajsko- kubański zespół muzyczny, miejsce to jawić się nam będzie jako idealne na spędzenie czasu podczas pobytu na rejsie po Karaibach ;) A przynajmniej do momentu dopłynięcia na ląd


                  Pierwszym miejscem do którego dotarliśmy rankiem dnia trzeciego było Haiti, najbiedniejsza wyspa Karaibów. Przyznam szczerze że to właśnie tego miejsca nie mogłam doczekać się najbardziej to ono jawiło mi się jako mega egzotyczne i warte odwiedzenia, niestety moje oczekiwania były z lekka inne niż rzeczywistość. Miejscem naszego pobytu okazał się prywatny kurort należący do przewoznika,  plaże i widoki przepiękne, wszystko czyściutkie i poukładane, ogrodzone betonowym murem za którym znajdowało się kolejne ogrodzenie, dla kontrastu- z drutu kolczastego... Obsługa w jednakowych uniformach co chwile proponowała  pomoc w rozłożeniu leżaczka, idąc w głąb dochodziło się do bazaru gdzie Haitańczycy bez wytchnienia namawiali do zakupu własnoręcznie wykonanych pamiątek, dziwnym zbiegiem okoliczności i oni nosili podobne stroje co leżakowa załoga...

Obeszliśmy cały kurort dookoła, kilkakrotnie



w końcu stwierdziliśmy że trzeba skorzystać z tego co jest i  poodpoczywać na rozłożonych samodzielnie leżakach  :)


Jednak nadal noszony chęcią zobaczenia prawdziwego Haiti, Krzyś mój mąż, udał się na pogawędkę z lokalnymi rybakami, okazało się że jeśli chcemy, to jest opcja dopłynięcia do takowego Haiti ale w tym celu musimy odbyć odprawę celną do czego niezbędne były nam paszporty które niestety zostawiliśmy na statku. A że była już dość pózna pora, do odpłynięcia naszego statku pozostały tylko dwie godziny, mogłoby się okazać że nie zdążylibyśmy wrócić... W takiej sytuacji woleliśmy nie ryzykować a Haiti opuszczaliśmy z poczuciem niedosytu ale też i z postanowieniem że kiedyś tutaj wrócimy :)
               Kolejny dzień, przyniósł kolejne przygody, tym razem nie zawiedliśmy się. Nie skuszeni ofertami wycieczek które proponował organizator, wybraliśmy się na własna rękę poza teren portu. Buzki od razu nam się rozpromieniły, oto naszym oczom ukazała się Jamajka jakiej oczekiwaliśmy,  nie wymuskana, czyściutka i poukładana ale taka jaka jest na prawdę, z budynkami z odchodzącym tynkiem, z zakurzonymi ulicami, biedna i troszkę kulejąca ale piękna, prawdziwa... autentyczna.



 
W czasie spaceru po okolicy zostaliśmy zagadnięci przez lokalesa który za drobna opłatą chciał nas oprowadzić po okolicy, grzecznie odmówiliśmy, poprosiliśmy tylko czy mógłby nas zaprowadzić do jakiegoś lokalnego baru, tym sposobem mieliśmy szanse przekonać się o gościnności mieszkańców Falmouth oraz ich serdeczności, wypiliśmy w trójkę po jamajskim piwie Red Stripe po czym podziękowaliśmy za pomoc i wyruszyliśmy na poszukiwanie kogoś kto mógłby nas obwieść po okolicy, po miejscach nie obleganych przez rzesze turystów.


Dość szybko omówiliśmy szczegóły naszej wyprawy z jednym z oferujących się kierowców i wyruszyliśmy eksplorować wyspę. Jedną z głównych zalet tego typu zwiedzania jest to, że ma się stosunkowo nie ograniczony czas, na zasadzie że to my decydujemy jak długo chcemy przebywać w danym miejscu, druga to... brak tłumów. Już przy jednym z pierwszych punktów naszej wycieczki dało się to wyraznie zauważyć, oto zdjęcia pokazujące jeden z must see wielu wycieczek- Dunns River Cross



 
chyba nie trzeba nikogo przekonywać że branie udziału w takim spędzie to wątpliwa przyjemność... 

oraz fotki z niższej części tego samego wodospadu...






 Zaliczyliśmy jeszcze kilka punktów widokowych, w tym miejsce do którego w 1494 roku dopłynął Krzysztof Kolumb, w swojej drugiej wyprawie w poszukiwaniu nowej, krótszej drogi do Indii, będąc w służbie króla Hiszpanii

Pospacerowaliśmy  też po pięknej i niemal bezludnej plaży




W drodze powrotnej  mieliśmy okazje skosztować mleczka kokosowego i kokosu, w jednym z
przydrożnych bazarków, owoc okazał się tak smaczny jak jeszcze nigdy wcześniej.


Tutaj duży plus dla naszego kierowcy który bardzo dużo opowiedział nam o historii Jamajki ale także o życiu codziennym, o troskach, problemach ale także o swoich marzeniach i planach na przyszłość. Na statek wracaliśmy z poczuciem że mimo stosunkowo krótkiego pobytu na Jamajce, to zobaczyliśmy całkiem sporo pięknych i ciekawych miejsc cieszyliśmy się również że mieliśmy okazje spróbować niektórych specjałów tej niesamowitej wyspy ;) miedzy innymi wyśmienitego bananowego rumu Myers's Rum. Jamajka to miejsce gdzie słowa Boba Marleya 'don't worry be happy' znajdują swoje odzwierciedlenie na każdym kroku i takie do którego chciało by się wrócić :)
                Dzień czwarty to pobyt na Grand Cayman. Do George Town dopłynęliśmy rankiem. Tuż po godzinie siódmej rano opuściliśmy statek i niemal od razu skierowaliśmy się na postój miejskich busików, które oferowały dowóz do różnych punktów na wyspie.


             Naszym pierwszym celem była farma żółwi, na miejsce dotarliśmy kilkanaście minut przed godziną ósma, czas oczekiwania na otwarcie spędziliśmy na łapaniu porannych promyków słońca i podziwianiu pięknych okoliczności przyrody. W związku z dość wczesna porą, okazaliśmy się pierwszymi i jedynymi zwiedzającymi co oczywiście bardzo nam się podobało. Tuz po przekroczeniu drzwi wejściowych naszym oczom ukazał się absolutnie niesamowity i przyznam szczerze nie oczekiwany widok, oczywiście, wiedziałam że na farmie żółwi, to one będą główną atrakcja ale ich gigantyczne rozmiary i ogromna ilość wywarła na nas niesamowite wrażenie. To chyba pierwsze tego typu miejsce które absolutnie, niesamowicie pozytywnie mnie zaskoczyło. Część żółwi, te starsze i gigantyczne, pływały sobie w naturalnie wyglądającym zbiorniku z piaszczysta plażą, młodzież i bobasy pływały w basenach kształtem przypominających plaster miodu. Bezpłatną atrakcją była możliwość zrobienia sobie fotki z żółwikami oraz z biegającymi dookoła wielkimi jaszczurkami :) Nakarmiliśmy żółwie specjalną suchą karmą, wyglądem przypominającą tą którą podajemy psom czy kotom, (przy zakupie której mąż,  przez około pięć minut wysłuchał 'wykutej ' na blachę' opowieści o znajdujących się tam żółwiach :) po czym opuściliśmy to niesamowite miejsce







Nastepnie udaliśmy się w stronę siedmiomilowej plaży- kolejnej atrakcji Grand Caymanów. W trakcie spaceru wstąpiliśmy do przydrożnego sklepu gdzie zakupiliśmy Caybrew, lokalne piwko które pani ekspedientka, po naszym pytaniu o możliwość picia alkoholu w miejscach publicznych, z uśmiechem na ustach, umieściła każdą buteleczkę w 'gustownej', brązowej, papierowej torebeczce :D Tak zaopatrzeni wyruszyliśmy w dalszą drogę. Po około godzinie wędrówki w końcu zareagowaliśmy na trąbienie przejeżdżającego busa i poprosiliśmy o dwa bilety do naszego punktu docelowego, jak się pózniej okazało, był to bardzo dobry pomysł gdyż dystans był dość spory. Zza szyby mogliśmy podziwiać śliczne małe domki, piękną roślinność i urokliwe Kościółki. Po dotarciu do plaży naszym oczom ukazało się bezkresne, tak charakterystyczne dla Karaibów lazurowe morze



 nie czekając wiele rozłożyliśmy swoje ręczniczki z zamiarem oddania się kąpielom słonecznym i nie tylko :)


Woda w tamtych rejonach ma bardzo przyjemną temperaturę, taplanie się w niej to prawdziwa rozkosz dla ciała i zmysłów :) Gdy już przyszedł czas powrotu, postanowiliśmy że wrócimy na statek wzdłuż morza, siedmiomilową plażą, trasa była długa, ale widoki- zapierające dech w piersiach,  nie obyło się też bez przygód okazało się bowiem że bardzo ciężko jest znalezć scieżkę która prowadziła by na główną drogę, ze wzgledu na prywatne posesje usytuowane wzdłuż plaży, troszkę pobłądziliśmy, w grę wchodziło już nawet skakanie przez dość wysokie ogrodzenie, jednak nie zniechęceni, w końcu znalezliśmy drogę ewakuacji :) Grand Caymany wywarły na mnie ogromne wrażenie, ta brytyjska wyspa, z widocznym nalotem wpływów Amerykańskich to miejsce spokojne, niespieszne, wręcz czuje się że życie płynie tam w wolniejszym rytmie, stawiam je na drugim miejscu (tuz po Koh Tao w Tajlandii) na mojej liście miejsc, w których chciała bym zamieszkać :)
              Rankiem przedostatniego dnia dobiliśmy do meksykańskiej wyspy Cozumel, gorące prażące słońce od razu dało o sobie znać, było to chyba najgorętsze miejsce podczas całej naszej wyprawy. Cozumel postanowiliśmy zwiedzić na skuterze, z doświadczenia wiemy że na tak niewielkiej wyspie jak ta, ten środek transportu sprawdza się najlepiej, troszkę nam zeszło zanim wynegocjowaliśmy odpowiednią cenę ale gdy w końcu omówiliśmy wszystkie szczegóły a do rąk dostaliśmy kluczyki- od razu wybraliśmy się w trasę niemalże dookoła całej wyspy, podziwiać mogliśmy niesamowite dzikie plaże i skały na których rozbijały się wysokie, groznie wyglądające fale oraz piękną przyrodę




Spragnieni zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze stylu reggae, miał on bardzo ciekawy wystrój, dostrzegliśmy tam również polski akcent, a dla potomnych zostawiliśmy znak że i my tam byliśmy




W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na jednej z wielu prywatnych plaż, gdzie nie pobierane są opłaty za wstęp lecz mile widziane jest zamówienie jakiejś potrawy w przy plażowej restauracji, z tym akurat nie było najmniejszego problemu, zachłyśnięci pięknem Cozumel niemal nie zauważyliśmy że oprócz śniadania i piwka w klubie reggae, całkiem zapomnieliśmy o jedzeniu :) Nasz pobyt na meksykańskiej wyspie dobiegł końca, będąc już na statku okazało się jednak że wypłynęliśmy w odpowiednim momencie, nad wyspą bowiem zaczęły się zbierać groznie wyglądające chmury które przyniosły deszcz, burze i wiatr który  tego wieczoru był odczuwalny i na naszym statku, mieliśmy z tym, trzeba przyznać, dość sporo zabawy ;)


 Ostatni, powrotny dzień rejsu tak jak i drugi spędziliśmy tylko i wyłącznie na morzu. Był to czas na relaks, ostatnie łapanie promieni słonecznych oraz zabawę o którą na statku Royal Carribean na prawdę nie trudno.
                Czy warto zatem choć raz w życiu, wybrać się w rejs ogromnym statkiem? To zależy. Jest to na pewno niesamowite przeżycie, w krótkim czasie można zobaczyć na prawdę sporo niesamowitych miejsc, można poczuć się wyjątkowo dzięki wspaniałej obsłudze która robi na prawdę wszystko żeby nasz pobyt był jak najwspanialszym przeżyciem które będziemy wspominać jeszcze przez lata a może i do końca życia. To dobra opcja dla ludzi którzy nie chcą się martwić o wyżywienie, rozrywkę i organizację samodzielnych wycieczek i planowanie swojego wolnego czasu- o to bez wątpienia zadba załoga. To dobra opcja dla osób które uwielbiają wytworne kolacje, kasyna i zabawę do białego rana. A czy dla nas tego rodzaju spędzanie wakacji to dobra opcja?- nie do końca. Było pięknie- bez dwóch zdań, niestety muszę tutaj wspomnieć o czymś o czym pisałam już na początku, przepych i ten cały luksus był dla nas troszkę przytłaczający, nie lubimy gdy obsługa stara się nam dogodzić niemal na każdym kroku, jest to dla nas po prostu troszkę krępujące. Wolimy jakieś kameralne miejsca i restauracje gdzie dobrze widzianym strojem nie  jest koniecznie garnitur, lubimy czasem troszkę się pomartwić czy tej nocy będziemy mieli gdzie spać, czy znajdziemy jakieś lokum na czas, a jeśli nie- rozłożone siedzenie samochodu sprawdzi się idealnie. Druga sprawa to, jednak za krótki czas pobytu na każdej z wysp, mają one tyle do zaoferowania, że człowiek opuszcza je jednak z poczuciem dużego niedosytu. Czy warto więc choć raz w życiu wybrać się na taki rejs- zdecydowanie tak, czy wybierzemy się na taki rejs jeszcze kiedyś- pewnie nie...no, może wtedy, kiedy już jako starsze małżeństwo, będziemy korzystać z uroków emerytury ;) Pozdrawiam



                   
                   
                  
       TROCHĘ SUCHYCH FAKTÓW:

-Kupując bilet na rejs należy doliczyć kwotę ok $170 na napiwki (kwota za parę), którą zostaniemy obciążeni, jednakże dodatkowo ostatniego dnia rejsu do naszej kajuty dostarczone zostaną koperty na ekstra napiwki, dla osoby z personelu która szczególnie uprzyjemniła nam pobyt, jest to opcjonalne
-Pierwszego dnia, czyli wtedy kiedy wypływamy z portu, warto pojawić się na miejscu nawet kilka  godzin wcześniej, kolejka do odprawy jest dość spora już od wczesnych godzin a im szybciej załatwimy formalności tym prędzej będziemy mogli zacząć korzystać z atrakcji na statku
-W trakcie odprawy dostaniemy specjalną kartę coś na wzór karty płatniczej, z naszym imieniem i nazwiskiem a także z numerem pokładu, karty tej będziemy używać za każdym razem kiedy będziemy wychodzić z i na statek, dlatego bardzo ważne jest aby jej nie zgubić, o kartę będziemy również proszeni za każdym razem kiedy będziemy chcieli dokonać zakupów na statku, czy to w perfumerii czy w barze- gotówki jako takiej na statku nie używamy w ogóle.
- Otrzymując wyżej wymieniona kartę, zostaniemy zapytani czy chcemy od razu wpłacić na nią konkretna kwotę czy dokonać spłaty ostatniego dnia rejsu oraz jaką formę spłaty preferujemy ( gotówka lub karta) przy czym nie jest to decyzja wiążąca i możemy zmienić zdanie. Jeśli zdecydujemy że wolimy nie psuć sobie humoru na wstępie i za swoje przyjemności zapłacić pod koniec imprezy to zostaniemy poinformowani że karta ma limit $500, gdy dobijemy do tej kwoty należy udać się do obsługi klienta i kartę odblokować.
- Jeszcze przed wypłynięciem zostaniemy poinstruowani jak i gdzie znalezć swoja szalupę na wypadek katastrofy
-W kabinie nie ma żelazka, nie można używać nawet małego podróżnego, zostają one wszystkie rekwirowane i oddawane ostatniego dnia, można skorzystać z usług pralni, która w ofercie ma też  opcje tylko prasowania jeśli akurat tego potrzebujemy (odpłatne)
-Na statku znajdują się sklepy alkoholowe gdzie można kupić trunki po okazyjnych cenach, jednak po dokonaniu zapłaty one tez zostaną nam zabrane i oddane ostatniego wieczoru przed dopłynięciem do portu
-Alkohol zakupiony na lądzie również zostanie nam zabrany i oddany w ten sam dzień co ten zakupiony na statku, z doświadczenia jednak wiemy że jedną lub dwie małe 200 ml buteleczki zakupione na odwiedzanych wyspach udaje się przemycić mimo skanowania bagażu, zwłaszcza wtedy kiedy widzą że w rękach trzyma się też większy,do przechowania
- W ciągu naszego rejsu były zaplanowane dwie kolacje na które należało ubrać się elegancko, warto więc wziąć jakiś smoking z szafy ;)
-Pokoje sprzątane są dwa razy dziennie, rano i wieczorem- wtedy też do naszego pokoju dostarczany jest program na następny dzień, z ofertami wycieczek fakultatywnych jeśli akurat w planach jest dopłynięcie do lądu
-Ostatniego dnia zostaniemy poproszeni o wystawienie naszych bagaży przed drzwi naszej kabiny nie pózniej niż do godziny 23, dostaniemy również specjalne zawieszki do bagażu z numerem. Każdy numer odpowiada innej godzinie jego odebrania na lądzie, jeśli okaże się że nasz numer odpowiada godzinie 11 rano a my mamy zarezerwowanego busa powrotnego na godzinę 9 rano- nie ma problemu, należy udać się do obsługi klienta oni zamienia nam zawieszkę na taką która będzie nam odpowiadać.