piątek, 24 kwietnia 2015

Seszele, w poszukiwaniu Raju utraconego część II, Praslin



          Lot na Praslin (czyt. Pralę) trwał ok 20 minut i było to bardzo ciekawe doświadczenie. Mając miejsca w pierwszym i drugim rzędzie mieliśmy wrażenie że niemal siedzimy na kolanach u pilota ;) Kokpit w takim małym samolocie nie oddzielają od części dla pasażerów żadne drzwi, więc bez problemu można zobaczyć jak wygląda cała procedura startu, samego lotu jak i lądowania. Zza okien troszkę wysłużonego już Antka można było oglądać małe wysepki otoczone lazurową wodą, widok piękny ale wykonaniu dobrych zdjęć przeszkadzały jednak mocno porysowane szyby okien samolotu...



Po wylądowaniu na malutkim lotnisku i zabraniu swoich plecaków, sprawdziliśmy mapę, nasz Lou Lou bungalow powinien znajdować się w nie dalekiej odległości od lotniska, bierzemy pod uwagę spacer, jednak nie będąc do końca pewnymi dokładnej lokalizacji naszego domku, postanawiamy wziąć taxi. Podróż trwała niecałe 5 minut... :D Na miejscu czekała już na nas pani zajmująca się obiektem. W pierwszej chwili pomyśleliśmy że pochodzi ona z Europy, ze względu na jej europejską urodę, jak się jednak okazało była rodowitą...  Pralinką ;) (nazwa własna). Pokazała nam nasze nowe lokum, podała kilka informacji na temat okolicy, dowiedzieliśmy się że możemy za darmo korzystać z rowerów, co uczyniliśmy niewiele pózniej. Wyspa okazała się jednak na tyle duża że już tego samego wieczoru wynajęliśmy samochód,tym razem czerwoną, Kie Picanto ;D Co ciekawe o ile na Mahe zostaliśmy poproszeni o numer karty kredytowej itp., to tutaj o nic takiego nie zostaliśmy zapytani, być może dlatego że była to sobota wieczór i pan pewno zapomniał, spiesząc się na imprezę, wszystko możliwe ;) Udzielił nam tylko informacji odnośnie oddania samochodu, powiedział że w dzień wypłynięcia z Praslin w drodze na La Digue, spotkamy się na miejscu, w porcie, gdyby jednak nie pojawił się na czas, to klucze mamy zostawić w środku samochodu pod wycieraczką :) no tak potencjalny złodziej za daleko by nie uciekł :D  Chciała bym tutaj napisać tez słów kilka o naszym bungalowie Lou Lou. Po przybyciu na miejsce z lotniska, zachwyciłam się nim bez reszty, piękny budynek,wspaniała lokalizacja, wśród palm z widokiem na Ocean od którego dzieli nas kilka kroków





Mieliśmy komfortowy, taras na którym znajdowały się leżaczki, stolik z krzesłami, śniadanka w związku z tym odbywały się tylko tam, a wieczorami wraz z naszymi katalońskimi 'sąsiadami', popijaliśmy drinki z Takamaką. Zgodnie stwierdziliśmy że Takamaka rodzi przyjaznie :).Z Cateriną z pochodzenia Wenezuelką i Tudorem pochodzącym z Rumunii umawiamy się i spędzamy jeszcze kilka uroczych wieczór na kolejnej wyspie- La Digue. Jedynym minusem bungalowu, mimo iż bardzo lubię psy, była ich dość duża ilość wokoło budynku, należą one do sąsiadki i prawdopodobnie właścicielki obiektu, przesiadują na tarasie, wylegują się na naszych leżakach a w nocy dają popisy wokalne ;) Ogólnie jednak, było to najfajniejsze nasze lokum na Seszelach. Od naszej gospodyni kupujemy specjalna kartę,, aby mieć dostęp do internetu, można ją kupić też w biurze airtel w centralnej części wyspy, znajdujemy na niej kod który wpisujemy wchodząc na stronę airtel właśnie. Kontaktujemy się szybciutko ze światem, jest to bowiem pierwsze miejsce w którym korzystamy z internetu, jest on dostępny wszędzie, ale jednak dość drogi.  Następnie wsiadamy na rowery i jedziemy na przejażdżkę po okolicy. Rzeczą którą od razu dało się zauważyć i wyczuć to wszechogarniający spokój i cisza, nikt nigdzie się nie śpieszył, jakież to było inne od tego co na co dzień dzieje się w Europie, bez różnicy czy to świątek, piątek...zastanawiałam się czy jest to spowodowane tym, że jest sobota i większość mieszkańców zaczęła swój weekend, czy po prostu tak tam jest, będziemy mogli się o tym przekonać w ciągu najbliższych kilku dni. Jeżdżąc po najbliższej okolicy mijamy kilka pięknych plaż



oraz wiele sklepów spożywczych, prowadzonych głównie przez Hindusów których jest bardzo dużo na całych Seszelach. Zatrzymujemy się przy jednym z nich i kupujemy spray na moskity o obiecującej nazwie 'peaceful sleep', bo spacerując chwilkę po 'naszej' plaży i siedząc na werandzie już wiemy że bez tego się nie obejdzie ;) Robimy też małe zakupy jedzeniowe z myślą o jutrzejszym śniadaniu na świeżym powietrzu, na naszej werandzie z widokiem na raj :) Zostajemy też zagadnięci przez seszelską młodzież, pytają nas czy mogą sobie zrobić z nami zdjęcie, które potrzebne jest im do szkolnego projektu, zgadzamy się bez wahania :) Wszystko w imię nauki :D

zdjęcie Benny Boodna

Powiem szczerze że już po pierwszych godzinach na Praslin wiedziałam że ta wyspa sporo różni się od zwiedzonej wcześniej Mahe, była mniejsza, mniej ruchliwa ale też... mniej... urokliwa? Roślinność choć dzika, to jednak nie była aż tak oszałamiająca. Nie zrozummy się tutaj zle, wyspa jest przepiękna, majaca wiele do zaoferowania, ale... brakuje jej tego czegoś co bez wątpienia miała wyspa Mahe i jak się potem okazało La Digue. Wieczorkiem, opryskani już sprayem, idziemy na spacerek na 'naszą' plażę żeby pożegnać dzień przy blaskach zachodzącego słońca, okazuje się że to co piszą w informatorze seszelskim jest prawdą, nie trzeba być bowiem Cartier-Bressonem żeby wykonać tutaj przepiękne zdjęcia :)







              Po powrocie jeszcze chwilę odpoczywamy na werandzie przy dzwiękach kropel deszczu, spadających na okalający Lou Lou Bungalow, gaj palmowy. Rano budzi nas piękne słońce i błękitne niebo, temperatura pomimo wczesnej pory bardzo wysoka. Tak jak kilka poprzednich dni, pakujemy swoje rzeczy i wskakujemy do naszego piccolino, by wyruszyć w trasę po Praslin. Nasz wozik nie jest już tak nowy jak ten na Mahe. Na co bardziej stromych podjazdach, w ruch wchodziła wyliczanka entliczek, pętliczek na wypadek gdyby któreś z nas musiało wspomóc konie mechaniczne. Jako że ja mam doświadczenie  w takich akcjach ('Historia o łapaniu busa')  ;) byłam faworytem, na szczęście jednak, nasza bryka dawała sobie jakoś radę. Musze tutaj wspomnieć o dość zabawnym fakcie związanym właśnie z samochodami na Seszelach, już pierwszego dnia na Mahe zaobserwowaliśmy że włącznik kierunkowskazu jest po stronie wycieraczek do szyb i na odwrót, w związku z tym na każdym zakręcie, przecieraliśmy szyby ze zdziwienia wycieraczkami:D zajęło troszkę czasu przyzwyczajenie się do tej zmiany.
        Podobnie jak na Mahe, jezdziliśmy wzdłuż wybrzeża, zatrzymując się przy zupełnie pustych plażach by odpoczywać, pływać i robić zdjęcia i filmy. Któregoś ranka, zatrzymaliśmy się przy jednej z nich, niedługo potem podjechał kolejny samochód, podróżowało nim pewne małżeństwo z Francji. Zapytali nas czy mamy ochotę wybrać się z nimi na pewną piękną plażę, do której można dostać się łodzią, dodali że nie ma na niej w ogóle ludzi i że można znalezć tam przepiękne muszle. Mimo że nie planowaliśmy dłuższego pobytu w jednym miejscu ( mieliśmy tam zostać około 6h) skuszeni, postanowiliśmy skorzystać z zaproszenia :) Na plażę dostarczył nas i odebrał miejscowy rybak. Było to miejsce rzeczywiście niesamowite, piękna duża plaża, tylko dla nas, lazurowe wody Oceanu i wspaniałe widoki m.in. na prywatną francuzką wyspę o nazwie Round Island







Na Anse la Farine można dostać się właśnie łodzią z plaży Petit Anse lub też przez Hotel New Emerald Cove, gdzie możemy też udać się na posiłek, jeśli nie wzięliśmy ze sobą żadnego jedzenia, choć ceny powiem szczerze dość wysokie


Po dniu plażowania i kąpieli słonecznych pożegnaliśmy się z naszymi nowymi znajomymi, jak się okazało właścicielami hotelu w St. Tropez tuż przy linii brzegowej, do którego serdecznie nas zapraszali


następnie wróciliśmy do naszego domku, gdzie tego wieczoru zrobiliśmy imprezę zapoznawczą z naszymi hiszpańskimi znajomymi, delektując się Savanną, Takamaką i czerwonym winem. Bardzo miło spędzaliśmy tam czas...

         Kolejną, bardzo ładną i urokliwą, choć jak na mój gust i upodobania, zbyt tłoczną plażą,okazała się Anse Lazio



To na niej kilka lat temu, w przeciągu dwóch tygodni doszło do dwóch ataków rekinów, w wyniku czego śmierć poniosły dwie osoby... w związku z tym znajduje się tam specjalnie wyznaczony teren, gdzie można bezpiecznie zażywać kąpieli w Oceanie, co nie znaczy, że poza wydzielonym kwadratem nie można się kąpać.  Uważać też trzeba na bardzo wysokie, mające potężną siłę fale, sami byliśmy świadkami tego jak pewna wczasowiczka została porwana przez nurt a następnie reanimowana...Z siłami natury nie ma żartów. Plaża ta, ze względu na swoje piękno jest też miejscem zawierania romantycznych ślubów, choć przyznam szczerze że moim zdaniem bardziej romantycznie byłoby powiedzieć sobie sakramentalne TAK, na jakiejś malutkiej, bezludnej, tajemniczej plaży, niż na oczach spacerujących wokoło turystów? Ale to zależy oczywiście od osobistych upodobań :)
         Kolejnego dnia, żeby urozmaicić troszkę nasz czas na wyspie, postanowiliśmy udać się na szczyt wzgórza gdzie rozpościerał się spektakularny widok na okoliczne wysepki. Trasa prowadziła z pewnego rodzaju zajazdu dla autobusów, znajdował się tam niepozorny znak na Anse Georgette. Trasa nie była specjalnie trudna ale biorąc pod uwagę wysoką temperaturę i mały zapas wody, po wyjściu na szczyt mieliśmy troszkę dość, do momentu kiedy naszym oczom ukazały się rozpościerające się stamtąd widoki :) Dla takich chwil warto się poświęcić i wskrzesić w sobie odrobinę energii.






Kolejnym celem tego dnia był Park Narodowy Vallee de Mai, nasi sąsiedzi z Lou Lou powiedzieli nam że jak dla nich ta atrakcja nie była zbyt ciekawa ale że sami zdecydujemy co o tym myśleć. Valle de Mai to park narodowy Seszeli gdzie rośnie pewna roślina endemiczna czyli taka która występuje tylko w danym rejonie świata, tą rośliną jest palma seszelska, wiekiem dochodząca do pięciuset lat, rodząca największe i najcięższe kokosy na świecie, kształtem przypominające kobiece pośladki. Spotkałam się ostatnio z opisem że w swym wyglądzie przypominają bułkę z przedziałkiem... nie moi drodzy, one maja kształt pupki ;) i tyle w tym temacie :)



Biorąc pod uwagę to, co możemy zobaczyć wokoło parku, czyli rodzaj roślinności w dżungli, poza terenem odpłatnym, stwierdzam że nie wiele się ona różni od tego co zobaczymy na jego terenie.




Myślałam że te ogromne coco de mer, będą sobie leżały luzem na podłożu,  zawiodłam się niestety, można je było zobaczyć tylko dojrzewające jeszcze na palmie, zresztą, biorąc pod uwagę ich cenę na rynku to w sumie nie dziwię się że wszystkie są szybciutko zbierane, gdybyśmy bowiem postanowili przywiezć sobie jedyną w swoim rodzaju pamiątkę z Seszeli, nasz portfel uszczupli się w zależności od rozmiaru owocu, między 5 a 8-9 tys. rupii czyli około 500-700 euro...



Przyznam że i tak mieliśmy farta krocząc po przygotowanych specjalnie ścieżkach i słysząc co jakiś czas huk spadających gdzieś w oddali owoców palmy seszelskiej (przypuszczam że oberwanie takim owocem musi boleć ;)) bowiem Krzysiek stwierdził że na jego oko, niektóre z liści palmowych leżących wzdłuż drogi, wyglądają bardzo nie naturalnie, tak jakby ktoś specjalnie je tam położył i gdy unieśliśmy delikatnie jeden z nich, naszym oczom ukazały się wielkie pośladki, w ten sposób Vallee de Mai obroniło się choć troszkę.



W parku tym mieliśmy okazję zobaczyć jeden z gatunków ptaków żyjących na Seszelach, mianowicie papugę czarną która w rzeczywistości jest brązowa, było ją bardzo ciężko dostrzec wśród ogromnych liści lodoicji seszelskiej, gdyby nie grupka turystów zadzierająca głowy i pstrykająca zawzięcie zdjęcia, pewno przeszlibyśmy obok nic nie zauważając :)
Podsumowując, jedyną, moim zdaniem atrakcją było to, że tuż przed wejściem do parku znajdowała się ekspozycja z coco de mer gdzie mogliśmy sobie zrobić parę fotek z tym jakże ciekawym kokosem i jest to jedyne takie miejsce na terenie całego Valle de Mai.


Rozważaliśmy też opcje wybrania się na małą wysepkę Curieuse, tuż obok Praslin, na której również rośnie palma seszelska a pomiędzy nimi spacerują olbrzymie żółwie, jednak wizja spędzenia całego dnia ze zorganizowana grupą, nie do końca nas pociągała, jednak z opowiadań wiemy że warto się na nią wybrać.
         Warte opisania jest lotnisko na Praslin, jest ono bardzo malutkie i lądują na nim tylko Antki i helikoptery. Jadąc drogą tuż obok lotniska natrafimy na sygnalizację świetlną, identyczną jaką spotykamy na naszych drogach, z tą jednak różnicą że gdy zapali się czerwone światło zatrzymujemy się by... przepuścić lądujący samolot. Robiliśmy kilka podejść żeby nagrać tą ciekawą sytuację, z marnym skutkiem niestety, gdyż lądowały one zawsze wtedy kiedy nie byliśmy na to przygotowani :)




Można je było też zobaczyć na 'naszej' plaży w momencie podchodzenia do lądowania.


        Pobyt na Praslin był bardzo ciekawy, dużo się działo, nawiązaliśmy dużo ciekawych znajomości. Tak sobie pomyślałam że skoro Mahe i Praslin były tak piękne to jaka okaże się La Digue, nazywana perłą Seszeli? W drogę zatem by odkrywać nowe, nieznane lądy :)
                                                         C.D.N.


                                   TROCHĘ SUCHYCH FAKTÓW:
  1. Cena za bungalow Lou Lou- 110euro za noc ale nasi sąsiedzi płacili 90 euro za noc, dlatego warto sprawdzać kilka wyszukiwarek
  2. Samochód- 45 euro za dzień ale da się wypożyczyć za e40
  3. Dozwolona prędkość na Praslin to 40km/h
  4. Ceny produktów spożywczych i Takamaki ;) odrobinę wyższe niż na Mahe
  5. Ceny pamiątek bardzo zróżnicowane, w kilku różnych punktach różnica może wynosić nawet 80% za ten sam produkt, 
  6. Internet 200MB -70 rupii
  7. Wycieczka na wyspę Curieuse od 50 do 70 euro za osobę
  8. Wstep do Valle de Mai, Parku Narodowego na Praslin- 330 rupii od osoby

piątek, 17 kwietnia 2015

Seszele, podróż nie poślubna czyli wyprawa w poszukiwaniu raju utraconego :)

                    
                      Gdy emocje po wspaniałej podróży na idylliczne Seszele już troszkę opadły to najlepszy czas żeby z perspektywy kilku tygodni spojrzeć wstecz, by z notatkami, mapami, zdjęciami i wspomnieniami, zacząć snuć opowieści o przeżytych przygodach, obejrzanych miejscach, spotkanych ludziach i  egzotycznych smakach, daniach o zapachu mango i papai...
                      Opowieści z Seszeli podzielę tym razem na trzy opowiadania, każde o innej wyspie na której dane było nam przebywać, czyli Mahe, Praslin i La Digue. Jak już pewnie część z Was zdążyła zauważyć, moje opowieści opierają się głownie na moich wewnętrznych odczuciach, niczego nie koloryzuje, jeśli jestem czymś zachwycona to wprost o tym mówię tak samo jeśli coś nie zasłużyło na fanfary. Wszystkie informacje dotyczące kosztów pobytu, cen za poszczególne rzeczy typu samochód jedzenie znajdziecie pod tekstem w tzw. Suchych Faktach, z tego względu ze bardzo nie lubię wtrącać liczb w moje opowieści. Po krótkim przedstawieniu sytuacji, czas na meritum- opowieści z Seszeli :) Zaczynajmy zatem.
                       W pierwszej kolejności chciałam w ogóle wyjaśnić jak to się stało że znalezliśmy się właśnie na Seszelach. Miejsce to było w mojej głowie od kilku ładnych lat, jako destynacja marzeń na liście tych, do których się wybiorę po wygranej w lotto. Kilka lat temu miałam nawet zrobioną trasę, wybrane wyspy które chciałabym odwiedzić i zwiedzić, (będąc już na miejscu wykonaliśmy ten właśnie plan sprzed lat) skontaktowałam się nawet z właścicielką jednego z domów do wynajęcia, z pytaniem o ceny pobytu itp., miałam sprawdzone ceny biletów, w głowie widoki Seszeli znalezione w książce 501 wysp które trzeba zobaczyć przed śmiercią oraz w google oczywiście... Około dwa lata temu, przed wyjazdem do Tajlandii, na stronie Lonely Planet pojawiła się promocja na ich przewodniki, dwa w cenie jednego, zakupiliśmy więc opisujący Tajlandię i zastanawialiśmy się jaki drugi wybrać... no i zdecydowaliśmy się na ten o... Seszelach :) Przeznaczenie?  Gdy więc końcem zeszłego, 2014 roku na stronie Fly4free.com pojawiła się niesamowita promocja na loty na Seszele, nie zastanawiając się wiele skorzystaliśmy z niej i od tego  momentu zaczęło się dla nas ekscytujące odliczanie, a następnie po czterech miesiącach oczekiwania, (a w sumie sięgając głębiej- po latach oczekiwania) weszliśmy na pokład samolotu linii Etihad, kierunek Mahe, Seszele,  i to bez wygranej w lotto :D


                         Oooo jak wspaniale wspominam ten czas tuż przed wyjazdem na lotnisko, to podekscytowanie nowym które nas czeka, i to uzmysłowienie sobie że marzenie zaczyna się spełniać że... lecimy na SESZELE, czy okażą się one rzeczywiście prawdziwym rajem, jak zwykło się o nich pisać? Dowiemy się za parę godzin! :) Lot liniami Etihad wspominamy bardzo dobrze, obsługa bardzo miła, bardzo smaczne jak na 'samolotowe' jedzenie, przekąski, napoje i drinki w cenie ;) Do tego do obejrzenia najnowsze kinowe produkcje, muzyka a dla chętnych- Święty Koran. Jako że lot rozpoczął się po godzinie 20 tej a trwał niemal 8 godzin próbowaliśmy się zdrzemnąć z różnym skutkiem niestety...bo choć samolot dość komfortowy, to jednak lot, jak każdy wielogodzinny- dość męczący. Około 8 rano, wliczając zmianę czasu wylądowaliśmy na prężnie rozwijającym się lotnisku w Abu Dhabi, dużo prac budowlanych nad nowymi terminalami, ogrom projektu robi wrażenie. Jako że między lotami mieliśmy tylko godzinną przerwę na przesiadkę, widoki podziwialiśmy tylko zza okna. Nad Abu Dhabi budził się dzień, niebo było zupełnie białe, jakby gęste, zza tego mleka przebijało się nieśmiało słońce, zapowiadał się upalny, duszny dzień... my natomiast myślami byliśmy już TAM, większość drogi już za nami jeszcze tylko niecałe 4 godziny lotu :) podczas którego również zaserwowany został posiłek, przekąski i napoje.
                         Około godziny trzynastej w końcu zbliżamy się do celu, zza okna można było podziwiać już piękne widoki. Po wylądowaniu wyszliśmy bezpośrednio na płytę lotniska, widok już tutaj był nieziemski, znajduje się ono bowiem tuż przy Oceanie, z drugiej zaś strony znajdowały się porośnięte tropikalną roślinnością wzgórza, jeśli dodamy do tego idealnie błękitne niebo i świecące słońce można już w pierwszych chwilach stwierdzić że wylądowało się w raju... ja się autentycznie wzruszyłam, pierwsze wrażenie przerosło bowiem moje oczekiwania... Następnie na 'bezcłówce' na prośbę Juliette, właścicielki domu w którym mamy się zatrzymać na La Digue,  kupujemy czerwone Johny Walkery po okazyjnej cenie. Po wyjściu z lotniska czekamy na naszego kierowcę z którym byliśmy umówieni, nie pojawia się twierdząc że nie potwierdziliśmy mailem czy chcielibyśmy żeby to zrobił, prawda jest inna... no ale trudno, nie był to dla nas szczególny problem, wzięliśmy taxi i pojechaliśmy na drugą, zachodnią część wyspy gdzie znajdował się nasz Guest House Row's Villa który zarezerwowaliśmy przez wyszukiwarkę booking.com. W trakcie kursu rozmawiamy z taksówkarzem, wypytujemy o to jak to jest mieszkać w raju :) Jak się okazuje 'cena' jest dość wysoka, problemem z którym borykają się chyba wszystkie wyspy a zwłaszcza te, bardzo oddalone od stałego lądu, to ceny towarów importowanych. A biorąc pod uwagę fakt ze na Seszelach mało się produkuje, życie tam jest po prostu dość drogie. Mimo tego zapytany o to czy chciałby się wyprowadzić do Europy, bez wahania stwierdza że tylko po to, by przekonać się jak tam się żyje iii żeby po raz pierwszy zobaczyć śnieg... wspomina również o znajomych którzy już po dwóch tygodniach przygody z Europą wracali do swojej rajskiej ojczyzny, przyznam że byłabym zdziwiona gdyby było inaczej...
                        Chciałabym tutaj chwilkę poświęcić kwestii zakwaterowania na Seszelach. Jeśli nie wybieramy się do 5* hotelu i staramy się to zrobić jak najtaniej to mam pewne wskazówki. Wybierając się w tamte rejony musimy mieć coś zarezerwowanego chociażby na jeden, dwa dni gdyż o nazwę danego obiektu zostaniemy zapytani na lotnisku i podchodzą do tego bardzo poważnie. W naszym przypadku noclegi na każdej z wysp mieliśmy zarezerwowane jeszcze będąc w Irlandii, wybierając się na Seszele po raz kolejny, już nie popełnilibyśmy tego błędu, okazuje się bowiem że szukając mieszkania na miejscu można dużo więcej zaoszczędzić, ale zależy to też od wyspy i miesiąca w jakim się wybieramy, wiadomo mniejsza wyspa, mniejsza ilość miejsc, wakacyjny sezon w europie- więcej turystów na Seszelach. Druga opcja to kontaktowanie się z właścicielami pokoi gościnnych bezpośrednio mailem a nie przez agencje typu booking.com, Expedia itp, sami właściciele nieruchomości to właśnie sugerowali nam na miejscu gdyż można w ten sposób zaoszczędzić sporo pieniędzy, dlatego warto szukać informacji o ciekawych, godnych polecenia noclegach na blogach osób które już tam były i mogą coś polecić. Jeżeli jednak zdecydujemy się korzystać z popularnych wyszukiwarek, porównajmy oferty kilku z nich gdyż ceny za ten sam obiekt mogą się wahać i różnica może wynosić nawet kilkadziesiąt euro! Drugą kwestią wartą omówienia a o której nie znalezlizmy żadnej informacji  przeczesując blogi podróżnicze, to waluta. Walutą Seszeli jest rupia seszelska ( to wiedzieliśmy)  niech nas to jednak nie zwiedzie, bo o ile w sklepach i restauracjach ceny podane są w tej właśnie walucie to za mieszkanie, wynajem samochodu, wycieczki fakultatywne i rejsy, ceny podawane są w euro a jeśli nie mamy ich wystarczająco bo większość wymieniliśmy na rupie (...) to cena zostanie przeliczona na ichcią walutę po aktualnym kursie euro, jest to dla mnie dość dziwna sytuacja i zupełnie nas to zaskoczyło...


                        Gdy już dotarliśmy na miejsce,  przywitani zostaliśmy świeżym sokiem owocowym i bananami :) naszym domkiem na Mahe na kolejne cztery dni okazał się bardzo przestronny apartament na drugim pietrze z dwoma łóżkami, łazienką aneksem kuchennym z wszystkimi potrzebnymi sprzętami, z małym tarasem na którym kawka z rana smakowała wybornie :D




  Znajdował się on około 5-10 minut od plaży spacerkiem, do której można było dojść na różne sposoby, warty wspomnienia jest fakt że na Seszelach nie ma plaż prywatnych i pomimo że ktoś jest jej właścicielem to w praktyce nie może on zabronić nikomu na nią wstępu, dlatego bez przeszkód można odpoczywać na przyhotelowych plażach bez obawy że zostaniemy z niej wyproszeni nie posiadając odpowiedniej bransoletki :) Po załatwieniu formalności z właścicielką mieszkania, rzucamy swoje plecaki, przebieramy się w letnie ubrania i postanawiamy wybrać się na rozpoznanie terenu. Po drodze na plażę mijamy zagrody z ogromnymi żółwiami, które można często spotkać w przyhotelowych i przydomowych ogródkach, co kraj to obyczaj :) Po dotarciu do plaży i pierwszych zachwytach, postanawiamy usiąść w pobliskiej restauracji na  kawkę i małe co nieco oraz żeby w końcu posmakować rozsławionej Takamaki czyli seszelskiego rumu. Już od pierwszego dnia wiemy który najbardziej nam smakuje, trzeba bowiem wiedzieć że jest bardzo dużo rodzajów tegoż alkoholu, nam najbardziej do gustu przypadła Takamaka o smaku najbardziej tradycyjnym i ciemnym orzechowym kolorze


Kolejnym alkoholem w którym się rozsmakowaliśmy bez reszty był cider Savanna, wspaniale gasił pragnienie w upalne dni :)


W drodze powrotnej do naszego mieszkania 'łapie' nas ciepła ulewa która bardzo fajnie orzezwia, trzeba bowiem wspomnieć że podczas całego pobytu temperatura była bardzo wysoka, powyżej 30st. Po powrocie odświeżamy się, odpoczywamy troszkę a następnie znowu ruszamy poznawać okolicę, atrakcją wieczoru był targ i festyn przy plaży który odbywa się w każdą środę, można popróbować różnych lokalnych potraw, i przepysznych świeżych soków owocowych, można zakupić różne pamiątki, jednak my nauczeni doświadczeniem, zostawiamy to sobie na koniec pobytu. Dużym plusem jest to że sprzedawcy na Seszelach nie są nachalni starając się sprzedać swój towar czy usługę, chętnie udzielają informacji ale nie wymuszają na nas zakupu. Wieczór jest piękny i już pierwszego, mamy przyjemność oglądać przepiękny spektakl jakim jest zachód słońca...


  Do mieszkania wracamy moooocno zmęczeni po aktywnym dniu i bezsennym nocnym locie, przesypiamy bez problemu bite dziesięć godzin i budzimy się rano około siódmej rano żeby spotkać się w mieszkaniu z naszym sąsiadem który wynajmuje samochody, naszym cackiem okazuje się Kia Picanto, malutkie autko bardzo popularne w tamtych rejonach świata. Naszym planem było wynajęcie skutera ale jak się okazało nie ma takiej możliwości, dowiadujemy się że kilka lat temu skutery były dostępne ale po dużej ilości wypadków wprowadzono zakaz wynajmu. Wypadki były spowodowane warunkami bo o ile drogi w sensie nawierzchnia są w całkiem dobrym stanie to ich rodzaj daje wiele do życzenia. Wygląda to tak że asfalt kończy się i nie ma pobocza, zamiast niego znajduje się przepaść często głęboka na kilka metrów, dodając do tego lewostronny ruch i brawurę- nie trudno o wypadek.Należy też dodać że są one często dość wąskie i bardzo kręte, zwłaszcza te górskie przechodzące przez środek wyspy, dlatego aż ciężko uwierzyć że stare, sfatygowane autobusy dają sobie tam jakoś radę :)


Już pierwszego dnia mieliśmy okazje przekonać się jak wygląda podróżowanie po Mahe. Tuż po śniadanku pakujemy najpotrzebniejsze rzeczy, aparaty foto, rurki do nurkowania, kremiki z filtrem i wyruszamy na eksplorowanie wyspy. Nie będę tutaj opisywać każdej zobaczonej przez nas plaży, gdyż każda jest przepiękna a jedna od drugiej piękniejsza, niesamowity kolor wody, piękny piasek iii ten spokój... nie zależnie na jakiej wyspie będziemy, to, żeby znalezć piękną, bezludną plażę na prawdę nie graniczy z cudem, wystarczy zatrzymać  się przy pierwszej lepszej gdyż droga ciągnie się niemal cały czas wzdłuż brzegu i możemy być niemal pewni że będziemy jedynymi plażowiczami :) Tutaj zdjęcia z przepięknej Anse Royal i najbliższej okolicy







 W czasie naszego podróżowania zatrzymywaliśmy się co jakiś czas przy co piękniejszej  żeby chwilkę poleżeć, popływać i ochłodzić się w wodach Oceanu Indyjskiego, woda muszę przyznać miała baardzo przyjemną temperaturę, zwłaszcza na La Digue, w niektórych miejscach dochodziła, a na moje wyczucie nawet przekraczała,30st C. Jednym z przepięknych miejsc do których trafiliśmy była mała wysepka na Anse L'islette na której znajdowała się kiedyś mała restauracyjka, odległość między jednym brzegiem a drugim można pokonać pieszo, woda jest w miarę płytka i bajecznie przejrzysta, było to miejsce którego piękno zapierało dech w piersiach...






 Wszystkim tym którzy wybierają się na Seszele, radzę zakupić odpowiednie obuwie do wody z gumową podeszwą gdyż dno bardzo często jest kamieniste a takie buty idealnie ochronią nasze stopy, uważam że bez niego w wiele miejsc nie udało by nam się dostać, sprawdzają się one też idealnie w 'wspinaczce' której nie unikniemy próbując się dostać do najpiękniejszych plaż mojej ulubionej wyspy- La Digue.  Jeszcze jedną plażą która wywarła na nas ogromne wrażenie była Anse Intendence









Nasze podróżowanie po Mahe nie skupiało się na tylko plażowaniu, nie jesteśmy zwolennikami całodniowego wylegiwania się na słońcu. Przemieszczaliśmy się po całej wyspie, podziwialiśmy niesamowitą roślinność, przepiękne kwiaty. Często patrząc na jakiś widok, plażę czy roślinność właśnie, zgodnie stwierdzaliśmy że to nierealne żeby coś tak niesamowitego w ogóle istniało. Wyspa wywarła na nas ogromne wrażenie... a widzieliśmy w swoim życiu już sporo...







W ciągu trzech aktywnych dni udało nam się objechać całą wyspę niemalże dookoła,  niemalże gdyż  okrążenie jej jest fizycznie nie możliwe, w pewnym momencie droga po prostu się kończy. Możemy też przejechać z jednej strony na drugą, przez środek wyspy i tutaj właśnie spotkamy się z niesamowicie stromymi i nieziemsko krętymi drogami z głębokimi rowami po bokach, w zamian za to możemy podziwiać piękne widoki



Mieliśmy wątpliwą przyjemność wracać któregoś wieczora jedną z takich dróg, była to jazda na wyczucie, po omacku, raz, ze względu na rodzaj dróg o czym wspominałam wcześniej, dwa, na słabe oświetlenie a właściwie na jego brak, co jest szczególnie widoczne na La Digue, ale ma to też swoje ogromne plusy o czym napiszę w części trzeciej :) Ale ogólnie nasza malinka sprawdzała się świetnie :)
Jedynym planem którego nie udało się nam zrealizować było wejście na Morne Seychellois czyli najwyższy punkt Seszeli, no ale trzeba sobie coś zostawić na następny raz ;)

                   
                       
  Będąc na Mahe nie możemy ominąć najmniejszej stolicy świata czyli Victorii, miasteczko urokliwe, znajduje się tutaj targ gdzie możemy kupić świeże owoce, warzywa, wanilię, cynamon a także ręcznie robione pamiątki. Wartym uwagi jest stary cmentarz,  bardzo tajemniczy i ciekawie usytuowany, 'romantyczne' miejsce nocnych schadzek ;)



W Viktorii znajduje się również hmmm Small Ben? ;)


Kopia londyńskiego Big Bena, w centralnej części miasta, czytałam o tej atrakcji będąc jeszcze w Irlandii i prawdę mówiąc myślałam że robi troszkę większe wrażenie, ogólnie miasteczko ciekawe ale nie na tyle żeby spędzić w nim więcej niż jeden dzień.



Po niesamowitych trzech dniach na wyspie Mahe, największej z Seszelskich wysp, przyszła pora ruszyć w dalszą drogę, na wyspę Praslin, aby urozmaicić swoje wakacje, zamiast promu wybraliśmy przelot małym samolotem Antkiem :) Chwilo trwaj :)







C.D.N :)



TROCHĘ SUCHYCH FAKTÓW
  1. Lot na trasie Dublin-Abu Dhabi-Mahe-Abu Dhabi-Paryż zakupionym na stronie fly4free zapłaciliśmy ok 340 euro za osobę, jest to mega promocyjna cena,
  2. Koszt taxi z lotniska na zachodnią stronę- 600! rupii cena zdecydowanie przesadzona,
  3. Koszt mieszkania na Mahe w domu gościnnym Row's Villa płaciliśmy 288euro za trzy noce, tutaj adres strony www.rowsvilla.sc oraz mail rosvilla@gmail.com
  4. Cena za wynajem samochodu 40euro za dzień ale można znalezć już za 35 euro,
  5. Pełny bak w kia picanto-500 rupii
  6. Kartka pocztowa- 8 rupii znaczek- 8 rupii
  7. Piwo 300ml- 50 rupii w sklepie, 0,5 l około 90 rupii w restauracji
  8. Obiad w restauracji np. chicken curry- 250 rupii, cała ryba z frytkami i salatkami- 350 rupii, pizza ok 150 rupii
  9. Śniadanie w Victorii na take away 2 kawy kanapka i drożdżówka- 59 rupii
  10. Warto kupić alkohol na lotnisku na Mahe gdyż jest około 50% taniej, przynajmniej ten importowany
  11. Lot Mahe- Praslin około 100euro za osobę