czwartek, 18 grudnia 2014

Mydło powidło...

                 
               Podróżując po świecie zawsze coś z tych podróży się przywozi, jakieś pamiątki, gadżety, rzeczy które już siedząc na naszych półkach czy wisząc na ścianach oddają choć namiastkę piękna odwiedzonym miejsc, szeptem przypomną przeżyte przygody i dają nadzieję na kolejne. Osobiście mam listę rzeczy, przedmiotów które muszę nabyć będąc w danym kraju, które po prostu kolekcjonuję, ale są też pamiątki które kupuję spontanicznie, bo akurat mi się spodobały. Wśród pamiątek które muszą wrócić ze mną z podróży po świecie są bez dwóch zdań tak popularne i wszędzie dostępne magnesy, mam ich już sporą kolekcję która cały czas się powiększa, są one małe i choćby nie wiem jak bardzo wypchany był  plecak, na magnesik zawsze znajdzie się miejsce. Kolorowe, w różnych kształtach, z różnych materiałów, jest tutaj niesamowita różnorodność.

 
                 
                       Następną rzeczą na liscie są... koty, drewniane, marmurowe, ceramiczne, to bez znaczenia ważne by były unikalne i w miarę możliwości oddawały charakter danego kraju. Moją kolekcje kotów rozpoczęła trójka z Trinidadu na Kubie :)


                   Jejku jak sobie przypomnę jak tam było gorąco... taki rozleniwiający upał że człowiek chciał usiąść i nie robić nic, tubylcy zresztą trzymali się tej zasady, siedzieli na schodkach domostw, na werandach bujali się w fotelach bujanych... popalali Cohiba, skądś dobiegała muzyka kubańska, słodkie nic nierobienie... Zazdroszczę im tego po dziś dzień :)  Było to osiem lat temu, kiedy odwiedziliśmy kraj o którym się mówi że mieszkają w nim najlepsi mechanicy świata, od tego czasu przywożę koty z niemal każdego zakątka globu do którego uda mi się dotrzeć.


                        Kolejną jeśli mogę nazwać to pamiątką z podróży jest... alkohol. Lubimy próbować lokalne trunki i uwielbiamy je zbierać, kolekcjonować. I tak w naszych zbiorach są rumy z różnych zakątków Karaibów:  Martyniki, Jamajki, Caymanów, Meksyku, Kuby...  (kubański rum Havana Club za który w Irlandii trzeba zapłacić w zależności od wieku alkoholu od 25 do ok 35 euro, na Kubie można nabyć w przeliczeniu za ok 2-3 euro, przynajmniej tak było osiem lat temu :))


A także alkohole z wysp Kanaryjskich, Majorki... wielkie butelki Jacka Danielsa które zawsze kupujemy w Stanach po okazyjnych cenach :) Każdy kraj, ma do zaoferowania wspaniałe trunki, często dostępne tylko w danym regionie i dlatego jest to coś co warto przywieść ze sobą do domu żeby delektować się nimi w zimowe wieczory przy kominku, lub tak jak w naszym przypadku- postawić na półce :) aaa niech sobie dojrzewają :)



                   Bardzo często przywożę ze sobą ramki, z których już w domu, patrzą na nas nasze roześmiane, rozpromienione, opalone twarze, najlepszy dowód udanych wojaży. Z Maroka w którym byliśmy w 2013 roku przywiozłam piękne lustro o które mocno się targowałam, przypuszczam że i tak pewno słono przepłaciłam ale spodobało mi się na tyle że dałam się skusić :)

Inne lustro, ręcznie malowane, z wizerunkiem Buddy przywiozłam z Tajlandii.


Tajlandia zresztą to kraj w którym można kupić bardzo dużo wspaniałych, ręcznie robionych przedmiotów, pięknie wykonanych za niewielkie pieniądze. Z miejsc jak Maroko właśnie czy Tajlandia trzeba przywieść przyprawy, które zupełnie inaczej pachną, bardziej intensywnie i egzotycznie, trzeba tylko uważać żeby nie dać się oszukać, tak jak daliśmy oszukać się my podczas pobytu w Maroko :) Pierwszego wieczoru tuż po przyjezdzie do Agadiru, wybraliśmy się na kolację. Kelnera, młodego Marokańczyka który nas obsługiwał zapytaliśmy czy gdzieś w pobliżu znajduje się może jakiś bazar, targ z przyprawami, olejkami arganowymi i tego typu specyfikami. Oczywiście że się znajduje. Zaraz znalazł się kolega chętny nas tam zaprowadzić, są przy tym bardzo mili no iii daliśmy się niestety namówić... targiem okazał się  sklep, właściciele od razu nas obskoczyli z pytaniem czym jesteśmy zainteresowani, zaparzyli nam niesamowita zresztą herbatkę a żeby pomóc nam w podjęciu decyzji zaczęli zachwalać swoje produkty, a to na stres, a to na porost włosów, po tym będziemy piękni i młodzi a po tym szczupli i zdrowi, do wyboru do koloru. Na każde nasze nooo może to by było fajne, produkt od razu lądował w woreczku ściśle zawiązanym na podwójny węzeł a na nasze nie nie pierwsze powiedz cenę, odpowiadali swoje: no problem no problem... my friend hahah do tego dodawali ściskające za serce opowieści, jak to żyją na Saharze i to ich ostatni dzień w mieście i ostatnia szansa na zarobek, dziwnym sposobem spotkałam jednego z nich nieopodal sklepu dwa dni pózniej... ehhh człowiek nigdy się nie nauczy ;) no i tak nasz pobyt na 'targu' zakończył się z pełną reklamówką suszu  różnej maści do każdego woreczka nakazali mi notować jak dany napar, wywar przygotować i jak stosować, największy szok przeżyliśmy gdy doszło do podliczenia naszych zakupów, suma była tak zawrotna że już mieliśmy stamtąd wyjść, to jednak nie jest takie proste ;) zaczęły się negocjacje, targowanie i tak zbiliśmy cenę o jakieś... osiemdziesiąt procent ale jak się potem okazało- i tak słono przepłaciliśmy a olejek arganowy okazał się czymś zupełnie innym... Nauka na przyszlość żeby nigdy, przenigdy nie robić zakupów bez uprzedniego zbadania rynku ;)
                              Naparstki. Nie ważne w jak niepozornym miejscu byśmy się znajdowali, cole i naparstek kupimy niemal wszędzie. Kolorowe, ręcznie malowane, metalowe, drewniane, ceramiczne- przepiękne. Kupuję je zawsze dla siostry która ma już ich imponującą kolekcję-125 sztuk, już każdy w rodzinie a nawet wśród moich znajomych jadąc na wakacje kupuje jeden do jej zbioru, a zapoczątkowała to nasza mama przywożąc pierwszy z Hiszpanii. Niesamowita kolekcja.




                           
                              Kulki z wodą, śnieżne kule, to kolejny gadżet który można nabyć niemal wszędzie i który zawsze staram się przywieść dla swojego siostrzeńca Sebastiana, ma ich już 49, mam nadzieję że zaszczepię w nim przez to żyłkę podróżniczą :) już w tej chwili ma niesamowitą wiedzę na temat krajów i miast świata, a jedną z jego ulubionych książek jest... atlas :)



                              Najmniej reprezentacyjną ;) pamiątką jaką kiedykolwiek kupiłam (do dzisiaj się zastanawiam co mnie skłoniło do tego zakupu) jest gipsowa statuetka Crazy Horse, Szalonego Konia znajdującego się w Południowej Dakocie, a raczej tego jak ma on wyglądać w nieokreślonej przyszłości, sami oceńcie :D


                              Bębenki, obrazki, książki, gazety lokalne, przewodniki, muszle zbierane o poranku, malowane talerze, statuetki przedstawiające charakterystyczne budowle ( Eiffel Tower Paryż,  Petronas Tower Kuala Lumpur, Koloseum Rzym...) Statuetka Trolla z Islandii, Byczki z Hiszpanii, piękna smukła murzynka z Haiti... Cygara Romeo i Julia z Kuby, kawy, mydełka w kształcie kwiatów z Tajlandii, jest tego na prawdę wiele, ktoś powie- to zbędne, być może, ale ile z tymi przedmiotami wiąże się niesamowitych wspomnień i przygód, ile w nich słońca, radości i pozytywnej energii, wiem tylko ja sama :)









wtorek, 2 grudnia 2014

Małe Antyle, rejs noworoczny 2010/2011

                   Święta już całkiem blisko, Sylwester i Nowy Rok również i w związku z tym postanowiłam wrócić pamięcią i napisać troszkę o naszej noworocznej podróży w 2010/2011 roku.
                   Nasz rejs zaplanowaliśmy około pół roku wcześniej, mmmm do tej pory pamiętam ten niecierpliwy czas oczekiwania i podekscytowanie z tym związane, zresztą w tej chwili targają mną podobne emocje na myśl o zaplanowanej na przyszły rok wycieczce :)
                    Naszą przygodę w 2010/2011 roku zaczęliśmy 26 grudnia, wtedy też  wraz ze znajomymi weszliśmy na pokład samolotu którym dolecieliśmy do Paryża (gdzie zostaliśmy na noc) a następnie na karaibską wyspę Martynikę na której spędziliśmy miły wieczór zapoznawczy z resztą załogi, już na naszym katamaranie który miał nam zastąpić dom na kolejne dziesięć dni.


Pamiętam ten pierwszy wieczór na Martynice i to niesamowite uczucie że w Europie pozostawiło się za sobą zimę, wiatr i pluchę a tutaj oto mimo póznych godzin mamy wysokie temperatury, błogie ciepełko... już pierwszego wieczoru nie obyło się bez przygód, kilka godzin szukaliśmy naszego znajomego, przez głowy przechodziły nam już najczarniejsze scenariusze, znalazł się jednak cały i zdrowy, potwierdził się tutaj tylko schemat że Karaiby potrafią wciągnąć bez reszty ;) ;D
                      Po ekscytującej nocy przyszedł czas na załatwienie formalności tzw, papierków, została do tego wydelegowana dwuosobowa ekipa,


  nieco pózniej wybraliśmy się całą załogą na zakupy spożywcze do pobliskiego marketu, musieliśmy zaopatrzyć się w prowiant na kolejne dziesięć dni, dla dwunastu osób w tym skippera który z nami płynął. W trakcie rejsu dodatkowo na nasz stół trafiały świeże ryby które sami łowiliśmy, prym wśród naszych rybaków wiódł mój Krzyś, poławiając olbrzymie tuńczyki.



Do naszej łodzi podpływali też tubylcy oferując sprzedaż ryb, pieczywa i bananów które sprzedawca po prostu rzucał na pokład i potem nie było nawet mowy o tym żeby ich nie kupić ;) :D


                       Około godziny trzynastej wypłynęliśmy z portu i rozpoczęliśmy naszą przygodę. Już bardzo krótko po wypłynięciu kilku osobom dała się we znaki choroba morska, wśród których tym razem prym wiodłam ja :D ... przez dziesięć długich dni... mimo wszystko, gdybym miała powtórzyć ten rejs raz jeszcze, zrobiłabym to bez wahania, tym razem jednak na pokład katamaranu wchodziłabym już na lekkim rauszu który podtrzymywała bym przez cały rejs, warto słuchać rad starych wilków morskich... ;)
                        Na tego typu wyprawach cala załoga ma wachty, jedni danego dnia gotują, inni sprzątają, każdy ma jakieś obowiązki, ja z tej reguły byłam wyjęta z powodu mojej choroby morskiej, o ile starałam się coś pomagać przy sprzątaniu to gotowanie zupełnie odpadało, już nie mówiąc o jedzeniu... :D ;)
                        Jako pierwsza na naszej drodze pojawiła wyspa St Lucia, na Karaibach w tym okresie dzień jest dość krótki dlatego już się ściemniało gdy zakotwiczyliśmy przy wyspie, jednak dopływając do niej już z daleka widoczne były charakterystyczne wzgórza St Lucii - Gros Piton i Petit Piton. Po dotarciu na miejsce, część grupy wybrała się na nocny spacer i piwko na wyspie, natomiast część została na katamaranie.


                       Wczesnym rankiem dopłynęliśmy do pięknej zatoki St Lucii by pozwiedzać okolicę. Dużym plusem pływania katamaranem jest jego małe zanurzenie co pozwala na dopływanie w różne zakątki blisko wysp.


a następnie wyruszyliśmy na podbój kolejnych wysp  Antyli Zawietrznych i tak kolejny dzień mogliśmy cieszyć się urokiem wyspiarskiego państwa Saint Vincent. Dopłynęliśmy do Wallilabou  Bay gdzie kręcone były jedne z pierwszych scen do Piratów z Karaibów ' Klątwa czarnej perły', znajduje się tutaj skała na której wisiał wisielec a na brzegu znajduje się bardzo dużo rekwizytów wykorzystanych w filmie.




Stąd też wybraliśmy się na plantację gandzi w towarzystwie naszych przewodników i jednocześnie pracowników tejże plantacji, w czasie wędrówki mogliśmy przyjrzeć się życiu codziennemu mieszkańców wyspy, które tak różni się od naszego... Pamiętam rozmowę z jednym z naszych przewodników, mijaliśmy akurat krowę która pasła się na łące, zadał pytanie czy w kraju z którego pochodzę też jemy wołowinę, ja na to że tak, na to on zapytał: 'Na Święta tak?' Tak...odpowiedziałam... nie mogłam powiedzieć temu człowiekowi że u nas mięso jadamy codziennie i jest to dla nas normalne, po prostu nie mogłam...


                       
                       Kolejną wyspą, jedną z moich ulubionych była Bequia, spędziliśmy tam dwa dni w tym Sylwestra, było to przeżycie niesamowite, wybraliśmy się w głąb wyspy aby z tubylcami przywitać Nowy Rok




mała budka w której znajdował się bar, ogromne głośniki z której płynęła muzyka reggae, czarne twarze tubylców dookoła i zioło ;)   potęgowało wszystkie doznania :) Musze tutaj napisać że jeśli chodzi o 'przyprawę' wyżej wymienioną, to stanowiła ona dodatek do sałatek i czego się tylko dało podczas naszego rejsu, a przedział wiekowy na naszym statku był od 25 do około 55 lat- wszystko dla ludzi, szczególnie na Karaibach ;) Bequia wywarła na mnie ogromne wrażenie, poznaliśmy tam córkę pary Brytyjczyków, którzy zaproponowali nam podwózkę na pace swojego jeepa,  wyprowadzili się z Europy i postanowili tam zamieszkać, szczerze to nie dziwię się że wybrali właśnie to miejsce, ta mała karaibska wyspa posiada niesamowity urok.
                         Pływanie po Karaibach to wspaniałe przeżycie, słoneczna pogoda, lekki wiaterek i ten lazur wody... można się zakochać bez reszty, ja się zakochałam...


To obowiązki jak  stawianie żagli, sterowanie czy... pranie ;)


  Ale taki rejs to głównie relaks, błogie lenistwo  i saaama przyjemność





                                  Kolejną  moją  ulubioną wyspą była prywatna wyspa Mustique, to wyspa na której książę William i księżna Kate spędzają wakacje, to tak niesamowicie błogie, spokojne miejsce że chcę się tam zostać już na zawsze, 


można tam spotkać spacerujące po trawnikach żółwie, na wyspie znajduje się też małe lotnisko którego pas startowy jest 'pod górkę' albo 'z górki' jak kto woli, tak czy inaczej wygląda to bardzo ciekawie, niestety zdjęcie tego nie oddaje


Na Mustique są też charakterystyczne pastelowe i słodko wyglądające domki w których znajdują się sklepiki z pamiątkami.


Spędziliśmy miły czas w restauracji Basil,s  skąd mieliśmy świetny widok na lądujące samoloty 'antki'.


Jeśli już o Antku mowa, to na jednej ze wspomnianej wcześniej wysp- St. Vincent, znajduje się bar którego właściciel nazywany jest właśnie Antek :) to człowiek który bardzo lubi polaków, w jego barze na ścianach jest pełno biało czerwonych flag i koszulek więc i my przywiezliśmy ze sobą szalik w narodowych barwach.


Do Antka przypłynęliśmy na kolację, zostaliśmy uprzedzeni że na posiłek u niego czeka się średnio kilka godzin iiii tym razem było podobnie ;D  gdy Antek włączał blender, gasło światło w dużej części wioski hahaha


trzeba przyznać że będąc tam człowiek czuł się jak na końcu świata, cisza, szum morza i otaczająca zewsząd ciemność... czy tak wygląda raj nocą? Spędziliśmy tam wszyscy świetny wieczór, w doborowym towarzystwie i gdy już doczekaliśmy się na jedzonko jednogłośnie stwierdziliśmy że warto było czekać.
     W kolejnych dniach dobiliśmy do Tobago Cays- grupy  małych wysp żeby na Mayreau poodpoczywać na złocistych piaskach, podobnie na Baradal, gdzie woda obmywała plażę niemal z każdej strony,


na Petit Rameau- żeby zjeść na kolację przygotowane na grillu homary, przynieśliśmy ze sobą własne talerze i sztućce i ucztowaliśmy w czym przeszkodzić nam chciały natrętne komary :)




Mimo wszystko wieczór na wyspie był bardzo udany...
Nasz rejs powoli zaczął dobiegać końca i trzeba było ruszyć w drogę powrotną...

Wspomnienia po rejsie po Małych Antylach są we mnie wciąż żywe, był to wspaniały czas, poznaliśmy mnóstwo ciekawych ludzi, zobaczyliśmy miejsca jak z bajki, takie do których nie docierają tłumy turystów, przeżyliśmy ciekawe przygody, a to wszystko okraszane było niesamowitymi zachodami słońca, Karaiby to moje miejsce na ziemi :)






     TROCHĘ SUCHYCH FAKTÓW

-nasz rejs wykupiliśmy przez stronę żeglowanie.eu, niemniej jednak na rynku jest bardzo dużo innych firm zajmujących się tego typu wypoczynkiem,
-do ceny rejsu należy dodać kwotę za lot do Francji i na Martynikę, wyżywienie, koszty sprzątania katamaranu po rejsie oraz swoje własne wydatki,
-ceny na Karaibach na lądzie są średnio wysokie ale już pływając są one troszkę wyższe i tak np. za pieczywo a dokładnie bułki, które sprzedawali tubylcy podpływając do naszej łodzi, płaciliśmy ok 12 zł za sztukę,
- dopływając w pobliże wysp trzeba się odprawić i zapłacić wizę, do tego dochodzą koszty związane z zakotwiczeniem- przy niemal każdej wyspie podpływali do nas tubylcy którym należało zapłacić za miejscówkę, 
- warto wziąć ze sobą coś na chorobę morską i leki na przeziębienie zwłaszcza kiedy wybieramy się na Karaiby w czasie zimy, różnica temperatur potrafi dać się we znaki,
- dużym plusem tego typu wczasowania jest swoboda, możemy w trakcie rejsu decydować gdzie akurat chcemy się zatrzymać i jak spędzać czas :)